Szlachetne zdrowie…

…nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz” – tyle wieków minęło, a prawda zawarta w tych słowach nie utraciła nic ze swej świeżości 😉

Dziś, tęsknie zerkając za okno, za którym zieleń piętrzy się i rozrasta na wszystkie strony, to pokropiona ożywczym deszczem, to znów przygrzana słońcem…

maj2015

…solidaryzuję się ze wszystkimi chorymi, którzy pełen rozkwit wiosny mogą, tak jak ja, oglądać jedynie przez szybkę. Tak, tak, dopadła mnie ospa – po tylu latach w końcu jej się udało!

Na szczęście wygląda na to, że jednak kiedyś wyzdrowieję, czego i Wam, wszyscy chorzy, życzę!

Tymczasem spędzam czas na nadrabianiu zaległości lekturowych oraz na ponownych spotkaniach z dawnymi literackimi przyjaciółmi (patrz: „Lalka” na szczycie stosiku).

maj2015-2

Z czystym sumieniem polecam każdą z tych książek – nawet jeśli w którejś coś tam szwankuje, to czyta się je wszystkie świetnie. Zeszyt na samym spodzie stosiku otrzymałam od pewnej Wiewiórki w zamierzchłych czasach mojego literackiego debiutu – teraz służy mi jako II Specjalny Zeszyt na pomysły i notatki. Już go częściowo zapisałam, zresztą pomysłów jakoś dziwnie mi przybyło, kiedy tak leżałam w łóżku. Najwyraźniej więc czas z ospą nie okazał się całkowicie bezproduktywny, na całe szczęście.

Kto chory, ręka do góry! Przesyłam specjalne nakrapiane uśmiechy – trzymajcie się! Zdrowiejcie! Nabierajcie sił! I – czytajcie! To naprawdę pomaga. 🙂

O piratach

Uwielbiam stare książki. A jeszcze bardziej uwielbiam piękne stare książki – piękne w treści i piękne w formie.

Ostatnimi czasy udało mi się kupić taką właśnie obiecującą cegiełkę, wydanie z roku 1921. Jest odpowiednio gruba i solidna, na nieco pożółkłym, mięsistym papierze tekst wydrukowano wyraźną czcionką, no i – co w tym przypadku niezwykle istotne – są też wspaniałe ilustracje. To „Howard Pyle’s Book of Pirates”, czyli: „Księga piratów Howarda Pyle’a”.

pirat1

pirat2pirat4pirat3

Autor opowiadań zebranych w tym tomie znany jest w Polsce głównie i niemal wyłącznie jako autor „Wesołych przygód Robin Hooda”, książki, którą osobiście poleciłabym każdemu młodemu czytelnikowi jako lekturę obowiązkową. Wydaje mi się jednak, że poza tym jego dziełem nie wydano po polsku żadnego innego.

Pyle-w-daughterna zdjęciu: Howard Pyle z córką

Howard Pyle urodził się w Stanach Zjednoczonych w 1853 roku. Od dziecka lubił rysować i pisać, a zachęcony przez rodziców, w odpowiednim czasie zaczął studiować sztuki piękne. Popularność zdobył jako twórca ilustracji do rozmaitych amerykańskich czasopism i gazet, później także do książek. W latach 1894-1900 prowadził zajęcia z ilustracji w Drexel Institute, a w 1900 roku otworzył własną szkołę w Wilmington.

Pierwszą książką, którą napisał (a następnie: zilustrował) były właśnie „Wesołe przygody Robin Hooda”. Autor skomponował ją ze średniowiecznych legend o tym najsłynniejszym z banitów – opowiadając je na nowo w taki sposób, by nadawały się one dla dzieci. W swojej twórczości niejednokrotnie zresztą sięgał do średniowiecznych legend i ballad europejskich, stworzył m.in. czterotomowy cykl opowieści o królu Arturze. Wiele jego ilustracji, niezwykle pięknych, możecie obejrzeć w internecie (m.in. za to lubię internet…!). Są wśród nich i kolorowe, dynamiczne obrazy (również o tematyce pirackiej), i rysunki piórkiem, stylizowane na średniowieczne ryciny.

Ale ja chciałabym opowiedzieć Wam właśnie o tych pirackich.

pyleOtóż ten właśnie spokojny i elegancki gentleman, którego możecie podziwiać na powyższej fotografii, uznawany jest za twórcę współczesnego wizerunku pirata. Archetypu pirata – albowiem postać, jaką każdy z nas widzi oczyma wyobraźni, słysząc słowo „pirat”, jest tak naprawdę efektem tego, co w swojej pracy osiągnął Howard Pyle.

Do czasów, w których tworzył on ilustracje do swoich morskich opowieści, nie zachowały się żadne oryginalne pirackie stroje, nie przetrwały też chyba żadne portrety prawdziwych piratów (o ile w ogóle takie istniały). Howard Pyle stworzył własną koncepcję – jakże efektowną! – takiego stroju: malowniczego, romantycznego, pozornie niedbałego, noszącego cechy cygańskiego stylu.

pirat7

pirat5

pirat6

piraci

Od czasów Howarda Pyle’a wszyscy najsłynniejsi piraci wyglądają tak, jak ci narysowani i namalowani przez niego – począwszy od Errola Flynna w filmie „Kapitan Blood” z 1935 roku:

flynnpoprzez disneyowskiego Kapitana Haka:

hooka skończywszy na najsłynniejszym piracie naszych czasów, którym jest, oczywiście, Jack Sparrow.

Skupiłam się na wspaniałych ilustracjach, ale oprócz nich są też w „Księdze piratów” opowieści o rozmaitych typach spod ciemnej gwiazdy, o skarbach, walkach okrętów i innych mrożących krew w żyłach przygodach, ale o tym może innym razem. Zacytuję jedynie fragment ze wstępu, napisanego przez Merle’a Johnsona (przekład mój):

Pyle, malarz-autor (…) posiadł wspaniałą zdolność przenoszenia się w dowolny okres w historii; potrafił sprawić, by ówcześni ludzie stawali się znów ludźmi z krwi i kości – nie tylko historycznymi marionetkami. Jego postaci były odmalowane zarówno słowem, jak i obrazem; zarówno słowem jak i obrazem dowodzi Pyle swojego mistrzostwa, a bogata osobowość tego twórcy sprawia, że jego dzieło pozostaje wyjątkowe i atrakcyjne niezależnie od wykorzystywanych środków.

Marzy mi się przekład „Księgi piratów” i z przyjemnością przybliżyłabym Wam to interesujące dzieło – byłaby to na pewno ciekawa praca, a przy niej sporo zabawy 🙂

***

Skoro jesteśmy przy pracy – po pierwsze, zdradzę Wam sekret: jest już gotowa okładka do mojej nowej książki! Skończyłam ją (okładkę, nie książkę) w ubiegłym tygodniu, znajdzie się w katalogu wydawnictwa Akapit Press, który to katalog zadebiutuje na majowych targach w Warszawie. A później pokażę Wam ją tutaj.

Po drugie: przede mną kilka obiecujących spotkań z Wami, Czytelnikami. Wkrótce pojawię się w Łodzi, Rawiczu, Poznaniu, Wrocławiu (targi Dobre Strony!) – dostałam także zaproszenie na udział w IV Festiwalu Książki Obrazkowej dla Dzieci LiterObrazki w Bydgoszczy.

Przy okazji – dziękuję za wspaniałe spotkanie Czytelnikom, Nauczycielom i Paniom Bibliotekarkom z Kościana, w którym gościłam w ubiegłym tygodniu:

kosc3kosc2kosc1

Powiem Wam jedno: mam wspaniałych Czytelników, którzy dużo wiedzą, dużo czytają, są ciekawi świata i zadają wiele interesujących i mądrych pytań! Spotkania z Wami to czysta przyjemność 🙂 Dziękuję za ten miło spędzony czas.

Pozdrawiam ciepło i bardzo wiosennie wszystkich Gości i Czytelników, którzy tu zaglądają i – do następnego razu!

„Pani Wiosenna Zieleni…” – czyli co robię deszczową wiosną

06-9Tańczy listek zielony,
tańczy listek zielony,
zielone pióreczko skrzydła
na gałęzi schylonej…

06-6

Całkiem niedawno po raz pierwszy przeczytałam czarującą książkę „Marcin spod Dzikiej Jabłoni”, napisaną przez Eleanor Farjeon. Z niej właśnie pochodzi zacytowany przeze mnie fragment piosenki Marcina, „Pani Wiosenna Zieleni”, przetłumaczonej pięknie (jak i cała książka) przez Hannę Januszewską.

Książka spodobała mi się na tyle (opowiadanie „Manowce” – duże wrażenie!), że postanowiłam zapoznać się z pozostałymi dziełami angielskiej autorki – tymi, których jeszcze nie znałam. Jako dziecko uwielbiałam zbiór bajek i baśni „Mały pokój z książkami”, mam też książeczkę „Jakub z frachtowca >Bujanka<” – jednak kiedy poszperałam w internecie, okazało się, że Eleanor Farjeon napisała znacznie więcej. Była zresztą córką pisarza oraz siostrą dwu pisarzy i kompozytora – najwyraźniej pisarstwo miała w genach.

Zaciekawiona zaopatrzyłam się w angielskie wydania jej książek, cudownie ilustrowane – i teraz będę je czytać. Stoją w bardzo apetycznym stosiku przy moim łóżku. Kiedy się z nimi zapoznam, postaram się napisać o nich nieco więcej.

06-3Ilustracja C.E. Brocka z angielskiego wydania „Marcina spod Dzikiej Jabłoni”:

06-2Pozostałe są równie piękne!

Jest też dedykacja – z książki „Perkin the Pedlar” (wyznaję: dedykacje i notatki na marginesach to jeden z powodów, dla których uwielbiam książki z antykwariatów):

06-1Celia
With love from Uncle Robin
5 Sept 1961

Wszystkie te piękne książki pochłonę niebawem, tymczasem jednak łykam jedną po drugiej powieści z drugiego stosiku przy łóżku:

06-4– piękny zestaw dzieł Kornela Makuszyńskiego. Odświeżam je sobie właśnie, ponieważ mam za zadanie napisać o nim artykuł. Doskonale się bawię przy tej miłej lekturze – wszystkie obowiązki powinny być tak przyjemne! 🙂

 

Co jeszcze robię deszczową wiosną?

Piszę „Rzekę”, oczywiście.

Akcja gna naprzód jak szalona, niesie mnie wartkim nurtem i porywa stukające w klawiaturę palce – właśnie mijam punkt kulminacyjny… Och, będzie groźnie, będzie intensywnie, mówię Wam!

A ze wstępnych ustaleń wynika, że wydawnictwo Akapit Press wyda moją nową powieść w październiku. Czyli właściwie… już całkiem niedługo 😉

06-8 Ciekawa jestem, co Wy czytacie i co robicie deszczową wiosną…

Oby jednak była deszczowa jak najkrócej. Słońce, przybywaj!

06-7

 

Spojrzenie z przeszłości

Podobają mi się polskie nazwy miesięcy i cieszy mnie, że tylko niektóre z nich pochodzą z łaciny, a większość brzmi jednak swojsko i – przede wszystkim – jest tak wspaniale opisowa. Słyszymy nazwę miesiąca – a ona natychmiast wywołuje obraz. Luty. Kwiecień. Lipiec. Sierpień. Wrzesień.

Listopad.

W ogrodzie i w lesie drzewa stoją już prawie całkowicie pozbawione liści. Jeszcze ciągle jest barwnie, ale szarość rozprzestrzenia się szybko. Dobrze, że jest słońce, które potrafi wyłuskać kolor z najgłębszych nawet zakamarków i sprawić, że niebo będzie wspaniale niebieskie.

Refleksyjny listopad.

Bardzo już dawno temu mama dała mi prezent. Nie pamiętam, czy były to urodziny, czy Boże Narodzenie, czy jeszcze inna okazja. Prezentem był stary album na fotografie, kupiony w antykwariacie. Mam ten album cały czas – leży na półce, przetrwał wszystkie przeprowadzki, pilnowałam go przez wszystkie te lata, które minęły, odkąd go dostałam. Nie włożyłam do niego nigdy żadnych zdjęć, bo zdjęcia w albumie układają się w historię – a ten album ma już historię, swoją własną, której wcale nie mam ochoty zakłócać. Odkryłam ją z zachwytem – i nie wiem, czy ktokolwiek odkrył ją przede mną. Chyba tylko ten, kto opróżnił album ze starych sepiowych fotografii.

 

album1

 

Oto on: album z przełomu XIX i XX wieku. Skórzana okładka, na której wytłoczono secesyjne kwiaty i liście, złocone brzegi grubych stronic, ozdobna klamra spinająca całość.

Wewnątrz, na mięsistym, fakturowym papierze, pożółkłym nieco ze starości, widnieje wpis – wykaligrafowany starannie, bez jednego drgnienia ręki, cienką stalówką, czarnym atramentem:

 

album3

album4

 

Kto to napisał? Chyba jakiś Szwed – tak przypuszczam, ale nie znam szwedzkiego. Nie wiem, co znaczy ten wpis i w jakim kontekście użyto tych imion: Frans Carlsson, Mia, Wiktor. Kim byli?

Kolejne strony są puste. W okienkach, w których powinny być fotografie, nie ma nic, gdzieniegdzie tylko cienka bibułka, która znajdowała się kiedyś za zdjęciami. Bo były tu zdjęcia.

Wiem to na pewno.

Na jednej z bibułek, która najpewniej oddzielała dwie fotografie, ściśle przylegając do ich rewersów, tajemniczym sposobem odbiła się nazwa zakładu fotograficznego – ornament i charakterystyczny zawijasowaty napis, ledwo widoczny, prawie jak znak wodny – i niestety nie do odszyfrowania.

Ciekawe, co to było za zdjęcie.

 

album5

 

Obracam kolejne strony – a na nich znajduję kolejne znaki przeszłości, znaki czyjegoś dawnego, dawno minionego życia.

Na przestrzeni lat fotografie, ściśnięte między grubymi stronicami, dodatkowo spiętymi solidną klamrą, dosłownie puściły farbę. Zostawiły po sobie trwały ślad, jakby odbito je na drukarskiej prasie.

 

album6

album9

 

Nie sposób się nie zastanowić: czyje to dłonie? Najwyraźniej męskie; widać białe mankiety koszuli i ciemne rękawy surduta. Mężczyzna w swobodnej pozie założył nogę na nogę. Jego twarz pozostaje nieznana – odbiła się zapewne na innym zdjęciu, które później wyjęto z albumu.

Wreszcie jednak ktoś pokazuje nam swoje oblicze.

 

album7

album8

 

Jasnowłose, pucułowate dzieciątko w lamowanym ubranku. Siedzi na wysokim krześle. W ręku trzyma zabawkę – nie widać dokładnie, jaką. Czy to Frans Carlsson? A może Wiktor? Mia chyba nie, z pewnością ubrano by ją w piękną sukienkę. Dawniej wyprawa do fotografa to było święto.

Co myślało to dziecko, kiedy fotograf, okryty ciemną płachtą, robił mu zdjęcie, a atelier wypełniało się gryzącym dymem spalonej magnezji? Fotograf mówił: „Gotowe!” i zsadzał dziecko z krzesełka. Potem może rodzice zabrali je do cukierni, a może poszli do parku, karmić łabędzie.

Kim było to szwedzkie dzieciątko? Gdzie mieszkało? Kim zostało? Czy było szczęśliwe?

I jakimi drogami ten album trafił do poznańskiego antykwariatu?

Pewnie gdzieś żyją potomkowie tego małego osobnika, pewnie mają już swoje dzieci i wnuki. A może i prawnuki?

Nie wiedzą, że gdzieś daleko ktoś zupełnie obcy przygląda się tej dziecięcej twarzyczce, spoglądającej z przeszłości. Pewnie nawet nie wiedzą, że istnieje takie odbicie na karcie starego albumu.

Tyle lat.

Może kiedyś ktoś będzie oglądał tak nasze zdjęcia. Ciekawe kto. I ciekawe, jak będzie wtedy wyglądał świat.

Otóż i listopad.