Pierwsze spotkania z „Kwadransem”

Miło mi poinformować, że ruszam w trasę promocyjną z Kwadransem – będzie to doskonała okazja, żeby spotkać się z Wami – Czytelnikami, małymi i dużymi! Już się na to cieszę! 🙂

Tu będę:

 

ŁÓDŹ, 30 listopada, sobota

Salon Ciekawej Książki

godz. 12.00-13.00

Centralne Muzeum Włókiennictwa, ul. Piotrkowska 282

stoisko nr 19, poziom 1

 

WROCŁAW, 7 grudnia, sobota

Wrocławskie Targi Dobrych Książek,

godz. 12.00-13.00

Dworzec Wrocław Główny (piętro)

stoisko wydawnictwa Akapit Press (96-GAL)

 

SPOTKANIA AUTORSKIE

28.11 – Częstochowa

11.30, Biblioteka Publiczna im. dr. Biegańskiego, filia 7

13.00, Biblioteka Publiczna im. dr. Biegańskiego, filia 14

 

11.12 – Zgierz, Łódź

szczegóły wkrótce

 

 

Spojrzenie z przeszłości

Podobają mi się polskie nazwy miesięcy i cieszy mnie, że tylko niektóre z nich pochodzą z łaciny, a większość brzmi jednak swojsko i – przede wszystkim – jest tak wspaniale opisowa. Słyszymy nazwę miesiąca – a ona natychmiast wywołuje obraz. Luty. Kwiecień. Lipiec. Sierpień. Wrzesień.

Listopad.

W ogrodzie i w lesie drzewa stoją już prawie całkowicie pozbawione liści. Jeszcze ciągle jest barwnie, ale szarość rozprzestrzenia się szybko. Dobrze, że jest słońce, które potrafi wyłuskać kolor z najgłębszych nawet zakamarków i sprawić, że niebo będzie wspaniale niebieskie.

Refleksyjny listopad.

Bardzo już dawno temu mama dała mi prezent. Nie pamiętam, czy były to urodziny, czy Boże Narodzenie, czy jeszcze inna okazja. Prezentem był stary album na fotografie, kupiony w antykwariacie. Mam ten album cały czas – leży na półce, przetrwał wszystkie przeprowadzki, pilnowałam go przez wszystkie te lata, które minęły, odkąd go dostałam. Nie włożyłam do niego nigdy żadnych zdjęć, bo zdjęcia w albumie układają się w historię – a ten album ma już historię, swoją własną, której wcale nie mam ochoty zakłócać. Odkryłam ją z zachwytem – i nie wiem, czy ktokolwiek odkrył ją przede mną. Chyba tylko ten, kto opróżnił album ze starych sepiowych fotografii.

 

album1

 

Oto on: album z przełomu XIX i XX wieku. Skórzana okładka, na której wytłoczono secesyjne kwiaty i liście, złocone brzegi grubych stronic, ozdobna klamra spinająca całość.

Wewnątrz, na mięsistym, fakturowym papierze, pożółkłym nieco ze starości, widnieje wpis – wykaligrafowany starannie, bez jednego drgnienia ręki, cienką stalówką, czarnym atramentem:

 

album3

album4

 

Kto to napisał? Chyba jakiś Szwed – tak przypuszczam, ale nie znam szwedzkiego. Nie wiem, co znaczy ten wpis i w jakim kontekście użyto tych imion: Frans Carlsson, Mia, Wiktor. Kim byli?

Kolejne strony są puste. W okienkach, w których powinny być fotografie, nie ma nic, gdzieniegdzie tylko cienka bibułka, która znajdowała się kiedyś za zdjęciami. Bo były tu zdjęcia.

Wiem to na pewno.

Na jednej z bibułek, która najpewniej oddzielała dwie fotografie, ściśle przylegając do ich rewersów, tajemniczym sposobem odbiła się nazwa zakładu fotograficznego – ornament i charakterystyczny zawijasowaty napis, ledwo widoczny, prawie jak znak wodny – i niestety nie do odszyfrowania.

Ciekawe, co to było za zdjęcie.

 

album5

 

Obracam kolejne strony – a na nich znajduję kolejne znaki przeszłości, znaki czyjegoś dawnego, dawno minionego życia.

Na przestrzeni lat fotografie, ściśnięte między grubymi stronicami, dodatkowo spiętymi solidną klamrą, dosłownie puściły farbę. Zostawiły po sobie trwały ślad, jakby odbito je na drukarskiej prasie.

 

album6

album9

 

Nie sposób się nie zastanowić: czyje to dłonie? Najwyraźniej męskie; widać białe mankiety koszuli i ciemne rękawy surduta. Mężczyzna w swobodnej pozie założył nogę na nogę. Jego twarz pozostaje nieznana – odbiła się zapewne na innym zdjęciu, które później wyjęto z albumu.

Wreszcie jednak ktoś pokazuje nam swoje oblicze.

 

album7

album8

 

Jasnowłose, pucułowate dzieciątko w lamowanym ubranku. Siedzi na wysokim krześle. W ręku trzyma zabawkę – nie widać dokładnie, jaką. Czy to Frans Carlsson? A może Wiktor? Mia chyba nie, z pewnością ubrano by ją w piękną sukienkę. Dawniej wyprawa do fotografa to było święto.

Co myślało to dziecko, kiedy fotograf, okryty ciemną płachtą, robił mu zdjęcie, a atelier wypełniało się gryzącym dymem spalonej magnezji? Fotograf mówił: „Gotowe!” i zsadzał dziecko z krzesełka. Potem może rodzice zabrali je do cukierni, a może poszli do parku, karmić łabędzie.

Kim było to szwedzkie dzieciątko? Gdzie mieszkało? Kim zostało? Czy było szczęśliwe?

I jakimi drogami ten album trafił do poznańskiego antykwariatu?

Pewnie gdzieś żyją potomkowie tego małego osobnika, pewnie mają już swoje dzieci i wnuki. A może i prawnuki?

Nie wiedzą, że gdzieś daleko ktoś zupełnie obcy przygląda się tej dziecięcej twarzyczce, spoglądającej z przeszłości. Pewnie nawet nie wiedzą, że istnieje takie odbicie na karcie starego albumu.

Tyle lat.

Może kiedyś ktoś będzie oglądał tak nasze zdjęcia. Ciekawe kto. I ciekawe, jak będzie wtedy wyglądał świat.

Otóż i listopad.